poniedziałek, 29 października 2012

Przyjemności życia wg o. Leona

Wczoraj pod koniec Mszy Św. ks. proboszcz składając życzenia dwom 18 letnim dziewczynom, w których intencji była Eucharystia odprawiana stwierdził, że choć to niedobrze, to trochę im tego pięknego wieku wszyscy zazdrościmy.

Przypomniało mi się, że mój ksiądz katecheta już wiele lat temu mówił, pół żartem, pół serio, że zazdrość to okropna rzecz, bo przyjemności z tego nie ma, a grzech jest.

A propos przyjemności, bardzo trafnie o nich - tychże przyjemnościach mówił o. Leon tydzień temu na spotkaniu, o którym już wspominałem.


Rozróżnił on radość od przyjemności. Poza tym co mówił o radości, podczas półtoragodzinnego spotkania mogliśmy się przekonać, że ten słynny benedyktyn sam jest uosobieniem tej cnoty i to w wersji bardzo chrześcijańskiej.
Jeśli - jak mówił - przyjemności prowadzą człowieka do radości to wszystko jest w porządku. Ale uwaga, bo chwilowe przyjemności mogą obracać się w smutek. Ileż to grzesznych przyjemności człowieka zniewala, odbiera mu wolność czy prowadzi do strachu, do nałogów lub do ludzkiej krzywdy. 

Powiedział o. Leon jeszcze coś takiego: nawet w tych pozytywnych przyjemnościach dobrze jest zachowywać umiarkowanie. Wtedy łatwiej znosi się trudy życia oraz cierpienia.

A ja sobie pomyślałem, że przyjemności (oczywiście tylko te pozytywne) faktycznie lepiej jest smakować w mniejszych dawkach, powoli. W takiej sytuacji człowiek bardziej je docenia i się nimi delektuje.


Życzę wszystkim takich przyjemności życia, które budują w człowieku prawdziwą radość.

Pozdrawiam

P.S. Żałuję, że nie udało mi się wykonać ani jednego zdjęcia o. Leona, gdy bardzo serdecznie się śmiał - wszystkie poruszone, bo i mnie wtedy, widać ze śmiechu, bardzo drżała ręka.

:)

niedziela, 28 października 2012

Czarno-biały świat

Dobrze pamiętam czarno-białe telewizory.

Dzisiaj rano, a właściwie jeszcze teraz, spojrzawszy z mojego okna, można podziwiać następujący obraz:


Zdjęcie bez żadnego retuszu, a ktoś zabrał nam kolory. Wszystko czarno-białe.

Może zapomnieliśmy zapłacić jakiś abonament?

Pozdrawiam

sobota, 27 października 2012

Adele i Jerzy Stuhr

Idziemy dziś do przyjaciela na urodziny.

Przecież wiedzieliśmy od zawsze, że w październiku będziemy zaproszeni. Zamiast zastanowić się, coś wymyślić, może zamówić w internecie, znowu na ostatni moment, wczoraj wieczorem, pojechałem do EMPiK-u po jakiś prezent.

Wybrałem:


i



Płyta ofoliowana, więc z tyłu można jedynie przeczytać tytuły. Czyli prezent bezinteresowny - dopiero solenizant sobie odpakuje i włoży do swojego odtwarzacza. Mam nadzieję, że będzie się ta muzyka podobała.

Z książką gorzej, bo można zajrzeć do środka. Zajrzałem i ... przeczytałem. Wczoraj pół i dzisiaj resztę, żeby zdążyć przed wyjściem na przyjęcie.

Nie wiem, czy to tak wypada, żeby wręczać prezent taki "rozdziewiczony". 
No, ale trudno.

Co to za książka?

Jak pisze Autor:
"Ot, taki pamiętnik chorego inteligenta, który czasem bywa artystą"

A ja myślę, że to zapiski Człowieka przez duże "C", który właśnie zmaga się z chorobą nowotworową. Choć - moim zdaniem - to nie jest książka o chorobie, a przede wszystkim o życiu, o pasji i o wielkiej miłości do ludzi. Nawet gdy się z nimi nie zgadza, gdy go denerwują, czułem, czytając, że Panu Stuhrowi na ludziach bardzo zależy.

"Może nam się wydaje, że w tym świecie, w którym wszystko, od szczotki klozetowej  w reklamie po wielkie kariery, wszystko jest wykreowane, a od znajomości po seks wszystko wirtualne, jest w człowieku jakaś ogromna tęsknota za tym, by zbliżyć się do ludzi, tęsknota za autentycznością przeżyć ludzi cierpiących. Może to zaczęło się od naszego Papieża, który pokazał godność i wielkość bólu i ułomności. Może to jest największe jego przesłanie, ważniejsze od wszystkich encyklik, bo pokazane ludziom ad oculos na sobie samym.''

Przy okazji można cieszyć się z Autorem, (mimo choroby) jego wielkim humorem i dystansem do siebie samego:

"Kiedyś, wychodząc z Collegium Novum po wizycie u rektora UJ, wracałem przez Planty do swego rektoratu. Ot, rektor od rektora... i nagle na środku Plant jakaś pani ciągnie w moją stronę małą dziewczynkę: <<No chodź! Nie rób komedii! Chodźże. No, popatrz się, no już... nie poznajesz? Przecież to Osiołek ze Shreka>>. Mała się zatrzymała, przypatrzyła mi się... i do mamy: <<E! Niepodobny!>>".

Książkę polecam!

Pozdrawiam



środa, 24 października 2012

Szafarz

Bardzo ucieszył mnie artykuł opisujący Ogólnopolską Pielgrzymkę Nadzwyczajnych Szafarzy Komunii Świętej, która miała miejsce w Łagiewnikach. KLIK

Chciałem się na to spotkanie wybrać, ale niestety się nie udało. Z tym większym zainteresowaniem tekst przeczytałem.

Warto chyba też zwrócić uwagę na komentarze pod tekstem. Pozwoliłem sobie również zabrać tam głos.

Osobiście najbardziej podoba mi się stwierdzenie:
"Ci szafarze to takie nie wiadomo co i po co..."

Muszę to zapamiętać. Gdyby mi chciała do głowy uderzać woda sodowa, będę sobie powtarzał, że taki szafarz, jak ja, "to takie nie wiadomo co i po co".

* * *

Nazajutrz po mojej ostatniej wizycie z Panem Jezusem u jednej ze starszych parafianek, osoba ta "odeszła do domu Ojca". Faktycznie, gdy byłem tam w pierwszą październikową niedzielę, nie wyglądała najlepiej. Mówiła zresztą o tym córka, która się nią od lat opiekowała. Nie była już w stanie się modlić na głos, ale jestem pewien, że Chrystusa przyjęła świadomie - lekki gest ręki, przy słowach "moja wina" był dla mnie bardzo wymowny.
Uczę się od tych ludzi głębokiej, prawdziwej wiary. (Podobnie było u Pani F. klik)

Wczoraj zakończył też swoją ziemską pielgrzymkę mój wujek i chrzestny ojciec. Jego również ostatni raz widziałem, gdy zaniosłem mu Eucharystię. Dziś modliliśmy się po południu u jego trumny. W piątek pogrzeb. Oby Jezus, którego przyjmował do serca, teraz pociągnął go do Swojego Miłosiernego Serca - na wieki.

 
Pozdrawiam

poniedziałek, 22 października 2012

o. Leon Knabit

Dziś gościliśmy w naszej kaplicy o. Leona Knabita z Tyńca. 

Człowiek zdecydowanie młody duchem (lat 83). Tryskający energią i humorem (mnich Benedyktyński).

Pewnie do kilku jego myśli będzie okazja jeszcze wrócić. KLIK KLIK

Póki co dowody zdjęciowe, że takie rzeczy dzieją się u nas na Halembie.





Wspaniały człowiek, który potrafi zachwycić chrześcijańską radością.

Pozdrawiam



Jesień, jubileusz i urodziny

Weekend spędziłem w gronie współpracowników.

Świętowaliśmy 20-lecie naszej firmy. Impreza była bardzo udana.

Myślę, że niesamowitą oprawę naszego jubileuszu sprawiła nam aura. Atrakcje plenerowe przeżywaliśmy w wymarzonych okolicznościach przyrody. Zresztą popatrzcie proszę sami:







Po zabawach w terenie, w miłej atmosferze odbyła się część wspomnieniowa o historii firmy. Jestem najstarszym stażem pracownikiem, więc między innymi ja opowiedziałem anegdotkę z zamierzchłych czasów. Młodsi mieli okazję zapoznać się z przeszłością spółki. 

Był toast szampanem z życzeniami pomyślności w kolejnych latach oraz tort. 



Bardzo miłą niespodziankę zrobiono mi tuż po północy. Chóralnym śpiewem "100 lat" i dziesiątkami miłych słów, życzeń, uścisków i całusów zaczęliśmy świętować moje 43. urodziny.

Pięknie się zaczął kolejny rok mojego życia.

Pozdrawiam

czwartek, 18 października 2012

Rzeszów

Dziś fotoblog z mojej służbowej podróży 
- w jeden dzień tam i z powrotem do Rzeszowa.

Po załatwieniu spraw firmowych, zatrzymałem się w centrum i przed kolejnymi 4 h za kierownicą, z godzinkę pospacerowałem.













Ładne miasto. Choć nic o nim nie wiem.

Pozdrawiam

wtorek, 16 października 2012

16 października 1978

Ojca nie ma w domu. Pojechał z kopalni na jakąś kilkudniową wycieczkę.

Za 5 dni będę kończył 9 lat.

Jest wieczór. Mama pomodliła się z nami na dobranoc i razem z bratem (lat 6) powinniśmy już spać w naszym pokoju. Mama w balkonowym pewnie słucha radia mimo, iż trzaski i zagłuszenia nie pozwalają zbyt wiele zrozumieć.

Za oknem już mrok. Nam nie chce się jeszcze spać. Staramy się być cicho, żeby mama nie musiała nas upominać, ale jednak od czasu do czau wyrywają się nam jakieś okrzyki czy śmiechy. 

W przedpokoju zapala się światło. Musiała nas mama usłyszeć. Szybko pod kołderki i obydwaj udajemy, że śpimy. Otwierają się drzwi do naszego pokoju. Cisza. Drzwi zamknęły się z powrotem. 

Uff, znów się udało. Mama faktycznie myśli, że śpimy. :)

Jakoś dziwnie w przedpokoju nie gaśnie światło. Po chwili słyszymy z bratem, że otwierają się drzwi wyjściowe, potem zatrzaskują się, a w zamku przekręca się klucz. 

Mama zamknęła nas w mieszkaniu i sobie gdzieś poszła. Trochę się wystraszyłem. Bardzo dziwna sytuacja. Mamy już co prawda swój wiek (nawet Kazik chodzi już do przedszkola), ale zwykle mama nie zostawiała nas samych. I to jeszcze wieczorem, gdy jest ciemno.

Przestaliśmy udawać, że śpimy i co tu robić? Trzeba czekać, aż mama wróci.

Pół godziny później słyszeliśmy już jej kroki na korytarzu. Gdy weszła do domu wpadliśmy do przedpokoju z pytaniem co się stało i gdzie była?

Mama nas uścisnęła i ze łzami w oczach mówi:
- Słuchajcie! Polak został papieżem!
- Ksiądz kardynał Wyszyński? - zapytałem. Byłem już wtedy ministrantem, więc najsłynniejszego polskiego biskupa znałem.
- Nie, Karol Wojtyła z Krakowa.


Mniej więcej tak ten dzień zapamiętałem.


Gdy my mieliśmy spać, mama usłyszała tę wiadomość z Radia Watykańskiego. Pewnie nawet w Dzienniku Telewizyjnym też o tym mówili, ale w tym dniu mama nie włączyła naszego czarno-białego telewizora. Zaglądając do naszego pokoju, chciała się z nami podzielić tą radosną nowiną, ale widząc, że śpimy (niestety dobrze żeśmy z bratem udawali), mama ubrała się i pobiegła do babci i swojej siostry, które mieszkały kilka bloków dalej. Pierwszy telefon dostaliśmy kilkanaście lat później, więc nie było innej możliwości przekazania wiadomości. Co prawda babcia, dziadek i ciocia z rodziną, gdy przyszła do nich mama, już o papieżu wiedzieli, ale wyobrażam sobie, ile było radości w ten październikowy wieczór.

Tak było 34 lata temu.

Pozdrawiam

poniedziałek, 15 października 2012

Adoracja papieska

W naszej "Grupie Poniedziałek" adoracje przygotowujemy sami, w bardzo różnych formach modlitwy.

Dzisiaj trafiło na mnie.

Tematykę, pomysł podsunęła mi moja żona. Przedłużyliśmy sobie wczorajszy Dzień Papieski, którego hasłem było: "Jan Paweł II - Papież Rodziny".

Z różnych tekstów Papieża znalazłem między innymi jego homilię z Kielc z 1991 roku, gdzie mówił o rodzinie w kontekście IV przykazania. Zastanawiałem się, czy z homilii powypisywać sobie poszczególne fragmenty i podczas adoracji je odczytywać i powoli rozważać. Doszedłem jednak do wniosku, iż ekspresja słów wypowiadanych osobiście przez Jana Pawła II jest tak poruszająca, że trzeba je odtworzyć z nagrań. Pożyczyłem CD od brata i przygotowując się do dzisiejszej adoracji, musiałem całość odsłuchać. No i znów zastanawiałem się, czy nie trzeba będzie jakichś fragmentów wyciąć, skrócić, jeśli nie byłyby adekwatne do wsłuchiwania się podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu.

Bardzo mi zależało na tym, żeby to nie był wieczór wspomnień, tylko rzeczywista modlitwa, choć nieco inna w formie.

Okazuje się, że poza krótkim fragmentem o burzy, która pewnie wtedy przeszła nad Kielcami, całość tekstu homilii jest niesamowicie aktualna.

Po przeczytaniu fragmentu z Ewangelii o Prawdziwej rodzinie Jezusa (Mt 12 46-50) odtworzyliśmy z głośników całą półgodzinną homilię Jana Pawła II. 

Muszę powiedzieć, że "Grupa Poniedziałek" jest niesamowita. Przez pół godziny w ciszy i skupieniu wszyscy wsłuchiwali się słowa Papieża.

Myślę, że było to dobre połączenie Chrystusa w Eucharystii z głosem Jana Pawła II, który mówił o sprawach fundamentalnych dla naszej wiary przeżywanej w małżeństwach i rodzinach.

Całość zakończyłem modlitwą zaczerpniętą również z myśli Papieża, a konkretnie z Adhortacji Familiaris Consortio:

Cudownym zamysłem Bożym w Rodzinie z Nazaretu żył ukryty przez długie lata Syn Boży: jest ona więc pierwowzorem i przykładem wszystkich rodzin chrześcijańskich. Rodzina, jedyna na świecie, ta, która wiodła nieznane i ciche życie w małym miasteczku palestyńskim; która doświadczyła ubóstwa, prześladowań, wygnania; która wielbiła Boga w sposób nieporównywalnie wzniosły i czysty, nie omieszka wspomagać wszystkich rodzin chrześcijańskich, co więcej, wszystkich rodzin świata w wierności codziennym obowiązkom, w przezwyciężaniu niepokojów i udręczeń życiowych, w wielkodusznym otwarciu się na potrzeby innych, w radosnym wypełnianiu planu Bożego.

Niech święty Józef, „Mąż Sprawiedliwy”, niestrudzony pracownik, nieskazitelny opiekun skarbów Mu powierzonych, strzeże je, opiekuje się nimi i zawsze je oświeca.

Niechaj Maryja Panna, tak jak jest Matką Kościoła, będzie również Matką „Kościoła domowego”, ażeby dzięki Jej macierzyńskiej pomocy każda rodzina chrześcijańska mogła rzeczywiście stać się „małym Kościołem”, w którym będzie odzwierciedlać się i żyć tajemnica Kościoła Chrystusowego. Niech Ona, Służebnica Pańska, będzie przykładem pokornego i wielkodusznego przyjęcia woli Bożej; niech Ona, Bolesna Matka u stóp Krzyża, łagodzi cierpienia i osusza łzy tych, którzy cierpią z powodu trudności rodzinnych.

A Chrystus Pan, Król wszechświata, Król rodzin, niech będzie obecny jak w Kanie, w każdym ognisku chrześcijańskim, aby dać mu światło, radość, pogodę i męstwo.


Pozdrawiam

sobota, 13 października 2012

MB Bujakowska

Dziś trochę powspominam.

W roku 2000 regularnie jeździłem do Rybnika, gdzie uczestniczyłem w rozbudowie i modernizacji oczyszczalni ścieków.

Często więc przejeżdżałem przez Bujaków. Od czasu do czasu, zatrzymywałem się przy tamtejszym kościele na krótką modlitwę. Obok niego warto też było zobaczyć piękny ogród.

Któregoś dnia moja żona przyniosła do domu folderek o bujakowskim kościele z bardzo ciekawą historią związaną z figurką Matki Bożej, którą znalazł w przydrożnej kapliczce na terenie parafii ówczesny proboszcz. Po oddaniu figurki do renowacji przez konserwatora zabytków okazało się, że ma ... ponad 500 lat. Gdy fachowcy zdjęli z niej wiele warstw farby, którymi przez wieki była poprawiana, ukazała się przepięknie wykonana Madonna ze skrzyżowanymi na piersiach rękami.

Bardzo lubię tego typu perełki, ale choć znałem ten kościół, nie pamiętałem, by był w niej posążek Matki Bożej. Gdy kolejnym razem przejeżdżałem przez Bujaków, chciałem zobaczyć figurkę. W głównym ołtarzu znajduje się obraz św. Mikołaja - patrona parafii.


Pomyślałem, że może gdzieś w ołtarzu bocznym - nic. Wyszedłem z kościoła i obszedłem cały dokoła - może znajdę jakąś kapliczkę - nic. Gdzieś mi się Maryja najwyraźniej schowała.

Któregoś dnia, wracając z Rybnika, znów zatrzymałem się w Bujakowie i gdy wszedłem do kościoła, niemal oniemiałem. W głównym ołtarzu, gdzie zawsze patrzył na mnie z obrazu św. Mikołaj, znajdowała się przepiękna figura Madonny.


Okazało się, że gdy zwykle wchodziłem do kościoła, poza nabożeństwami, figura była po prostu zasłonięta. Wtedy natomiast akurat miałem szczęście trafić na jakąś wycieczkę czy pielgrzymkę dla której proboszcz swój największy skarb odkrył i świetnie o tym opowiadał.

Postać Maryi Bujakowskiej jest niewiarygodnie piękna i bardzo nietypowa. Zwykle Matka Boska jest przedstawiana ze swoim Synem. Tu ma ręce skrzyżowane na piersiach. To zdecydowanie nie jest ludowy świątek. Nie jestem znawcą sztuki, ale mogę stwierdzić, że ta figura jest wspaniałym dziełem.

Może dlatego, że wcześniej Maryja mi się schowała, ale wtedy, gdy w końcu ją znalazłem, nie mogłem nacieszyć się Jej pięknem.

Kilka miesięcy później usłyszałem, że odbędzie się uroczysta koronacja Madonny (powyższe zdjęcie, już w koronie, jest późniejsze). Nie mogło mnie na tej uroczystości zabraknąć.

Bujaków, 9 września 2000 - moment koronacji

Bardzo spodobał mi się też wtedy pomysł ks. arcybiskupa Damiana Zimonia, który ogłosił, iż "Na uprzemysłowionym Śląsku Matka Boża w Bujakowie będzie Patronką Środowiska Naturalnego".

Mnie prywatnie bardzo to pasowało z moim przejeżdżaniem do Rybnika i innymi zajęciami zawodowymi, gdzie profesjonalnie zajmuję się właśnie ochroną środowiska.

Jeśli ktoś będzie w pobliżu, polecam odwiedzenie w Bujakowie kościoła - dziś już sanktuarium Matki Bożej oraz przyparafialnego ogrodu. Znaleźć tu jeszcze można kilka dodatkowych niespodzianek.

Pozdrawiam

czwartek, 11 października 2012

Rok Wiary

Wracając dziś ze służbowego spotkania do biura, miałem w aucie włączone Radio eM. Akurat rozpoczęła się transmisja z katowickiej katedry Mszy Św. inaugurującej Rok Wiary ogłoszony przez Papież Benedykta XVI. Miałem więc okazję "przez przypadek" w ten sposób uczestniczyć w tym wydarzeniu.

W liturgii słowa był odczytany (a nawet odśpiewany uroczyście) następujący fragment Ewangelii:

Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. 

Tak sobie pomyślałem, że raczej nie chodziło Jezusowi o to, by przy pomocy wiary robić "sztuczki" z przesadzaniem drzew.

Podkreślił tu jednak dobitnie, że wiara ma ogromną moc. Dzięki wierze człowiek jest w stanie czynić rzeczy niemożliwe, rzeczy wielkie, rzeczy niesamowite.

Ciekawe, że Chrystus zaraz w następnych zdaniach pokazuje obraz pokornego sługi. Jeśli coś wspaniałego dzieje się przez wiarę, czyli w relacji z Bogiem, to nie możemy wpadać w pychę, to nie nasza zasługa. To Bóg jest sprawcą, a człowiek tylko "nieużytecznym sługą". Obym zawsze o tym pamiętał.

Życzę wszystkim owocnego Roku Wiary!

Pozdrawiam

 

środa, 10 października 2012

O św. Jacku

Miałem wczoraj wieczorem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w świetnym spotkaniu.


Całość z rozmachem, humorem i bardzo profesjonalnie prowadził dyrektor Księgarni św. Jacka ks. Krystian Kukowka.


W zaproszeniu na wczorajsze spotkanie napisano:

W roku 755. lecia śmierci św. Jacka Odrowąża, wspominając wspólnie przeżytą Pielgrzymkę Metropolii Katowickiej do Rzymu, chcemy zaprezentować książkę pt.: 
„Św. Jacek Odrowąż - Apostoł Północnej Europy” pod redakcją ks. Arkadiusza Noconia i ks. Arkadiusza Wuwera.
Publikacja jest pokłosiem sympozjum, które odbyło się w Auli Jana Pawła II na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu „Angelicum”, podczas rzymskich uroczystości. 

Ks. Arkadiusz Nocoń ciekawie opowiadał o przygotowaniach do jackowych obchodów sprzed 5 laty.


Wcześniej św. Jacek był dla niego jednym z setek świętych z brewiarzowych modlitw. Szybko się jednak tą osobą zachwycił. To on wczoraj stwierdził, że jeśli św. Wojciech ochrzcił Polskę, to można powiedzieć, że św. Jacek Polskę bierzmował.

Kolejnym prelegentem był Włoch Roberto Fusco, profesor kultury, który zachęcony przez polskich przyjaciół, przestudiował, jak się okazuje, dziesiątki czy nawet setki obrazów wielkich włoskich malarzy, którzy przedstawiali postać św. Jacka.


Opowiadał niesamowite historie o sztuce i nie tylko.

Ciekawą postacią wśród wczorajszych prelegentów był "kolega inżynier" (jeśli ja, jako inżynier, mogę się tak wyrazić), Pan Zbigniew Borkowski z Gdańska.


Założył on portal internetowy: www.jacek.iq.pl, gdzie można znaleźć wiele ciekawych informacji związanych z osobą świętego, np. taką: KLIK.

Ostatnie wystąpienie miał ks. Arkadiusz Wuwer drugi z księży Arków, którzy zredagowali omawianą i zachwalaną książkę.


Jednak zdecydowanie nie książka była najważniejszym tematem spotkania. Nie książka, a człowiek - św. Jacek. 

Bardzo dobrze słuchało mi się ludzi, którzy potrafili się św. Jackiem zafascynować. Tym bardziej, że - jak stali czytelnicy niniejszego bloga wiedzą - św. Jacek należy do grona moich ulubionych świętych: KLIK, KLIK.
Z satysfakcją zauważyłem, że moja znajomość tego wielkiego świętego trwała czasem wcześniej, niż wielu znakomitych prelegentów, którzy dziś są specjalistami od tej osoby. Przecież to, że nasz Jacek urodzony w 2001 roku ma właśnie tak na imię, nie jest przypadkowe. I to wcale nie z powodu, że żona nie zgodziła się na Engelberta - po moim dziadku :)

Dobrym podsumowaniem części merytorycznej spotkania był koncert zespołu Śląsk.


Mnie najbardziej podobał się remix Requiem (msza żałobna), oczywiście przede wszystkim z tymi fragmentami, które pochodziły od mojego ulubionego Mozarta.

Na koniec pobłogosławił nam arcybiskup senior.


W kuluarach miałem okazję jeszcze zamienić kilka słów z ks. Krystianem, któremu pogratulowałem i podziękowałem za świetne spotkanie. Panu Zbigniewowi obiecałem przesłanie zdjęcia, gdzie uchwyciłem na Placu św. Piotra w Rzymie dwóch Polaków.

Warto było wczoraj do Katowic pojechać.

Pozdrawiam

P.S. Podziękowania dla Bożeny, która przesłała mi zaproszenie, dzięki czemu tego wydarzenia nie przegapiłem.

poniedziałek, 8 października 2012

60 lat po ślubie

Kilka dni temu pisałem, że potrzebuję osób, które pociągają swoim przykładem wieloletniej wierności małżeńskiej.

Wczorajsze czytania mszalne też odnosiły się do nierozerwalności małżeństwa, gdy Chrystus dobitnie stwierdził:

"Lecz na początku stworzenia Bóg «stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem». A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”.

I właśnie wczoraj rano, gdy wychodziłem z domu pewnej starszej osoby, której udzieliłem Komunii Św. usłyszałem:

- A wiycie! Na przyszły tydziyń niy przychodźcie do mie z Ponbóczkiem.
- Czymu mom niy przychodzić? - Zapytałem
- Bo na prziszły tydziyń to jo z moim chopym bydymy łobchodzić jubileusz 60 lot po ślubie i momy łobstalowano Mszo. Przyjedzie po mie ziyńć i razym z mojim pojadymy do kościoła.
- Piyknie, bardzo piyknie!

Pięknie, prawda?

Pozdrawiam

niedziela, 7 października 2012

Różaniec mobilny



W jakimś sensie przywiązanie do różańca jest w moim przypadku, jak i wielu innych z nas Halembian, bardzo naturalne. Przecież pochodzę i byłem ochrzczony w parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Różańcowej (dziś mamy odpust). Od najmłodszych lat wpatrywałem się w Jej obraz.




Pamiętam, że będąc młodym chłopakiem, gdy jako ministrant uczestniczyłem w październikowych nabożeństwach różańcowych, ta modlitwa wydawała mi się raczej nudnawa. Ciągle w kółko to samo. Dopiero dużo później, stopniowo odkrywałem jej sens związany z rozważaniem tajemnic radosnych, bolesnych i chwalebnych.

W 2002 roku jechałem gdzieś służbowo samochodem. W tamtych czasach słuchałem radia RMF. Gdy usłyszałem w wiadomościach, że Jan Paweł II dołożył czwartą tajemnicę różańcową, pomyślałem sobie, że znów żądni sensacji dziennikarze komercyjnego radia coś przekręcili i puszczają w świat newsa, który niewiele pewnie ma wspólnego z tym, co Papież rzeczywiście powiedział. Nie mieściło mi się po prostu w głowie, że nasz wielki Rodak mógł faktycznie wprowadzić zmiany do modlitwy o wielowiekowej tradycji, którą odmawiały pokolenia ludzi na całym świecie od kilkuset lat. Kiedy okazało się, że to jednak prawda, byłem pełen uznania dla Jana Pawła II dla Jego odwagi. Zachwyciłem się też nowymi Tajemnicami Światła, które w piękny sposób uzupełniają dotychczasowe części tej modlitwy. Tym bardziej, że od dawna jedną z moich ulubionych perykop ewangelicznych była scena Przemienienia Chrystusa na Górze Tabor. Dużo później, gdy zostałem nadzwyczajnym szafarzem Komunii Świętej, dodatkowo szczególnie jestem też związany z piątą Tajemnicą Światła - Ustanowieniem Eucharystii podczas Ostatniej Wieczerzy.

Różaniec to taka modlitwa, która kojarzy mi się z byciem w drodze. Czasem, gdy wybiorę się sam na spacer, trzymam rękę w kieszeni i w myśli się modlę, przesuwając w palcach paciorki. Przede wszystkim jest to jednak dla mnie modlitwa samochodowa. Gdy rano wyjeżdżam do pracy, najpierw rozwożę moją rodzinę. Gdy zostaję już w samochodzie sam i kieruję się do mojego biura, wyłączam radio, zdejmuję z palca różańcową obrączkę i odmawiam jedną dziesiątkę, która pomaga mi uporządkować dzień, przed rozpoczęciem codziennych obowiązków.

Ten różaniec - obrączka ma zresztą dla mnie szczególne znaczenie. Otrzymałem go w prezencie ponad 20 lat temu od mojej przyszłej żony. Podobnie, jak obrączkę ślubną, zawsze mam go przy sobie i właśnie na tym różańcu modlę się najczęściej.




Mam też różaniec, który otrzymałem w Roku Świętym 2000 od Jana Pawła II, gdy miałem okazję uścisnąć dłoń Piotra naszych czasów, podczas pielgrzymki do Wiecznego Miasta, w tym szczególnym czasie.

Ostatni różaniec - dziesiątka też jest w pewien sposób wyjątkowa. Śmieję się, że otrzymałem go w prezencie od mojej "internetowej dziewczyny" - Afro. Czytuję od kilku lat bloga pewnej nietuzinkowej katechetki. Gdy w zeszłym roku wybierała się do Rzymu na beatyfikację Jana Pawła II, wspomniała w swoich internetowych notatkach, że chętnie w tę podróż wybrał by się również jej przyjaciel. Jednak z racji kłopotów finansowych, nie będzie to możliwe. Tak się wtedy jakoś podziało, że jako czytelnicy jej bloga, zrzuciliśmy się na ten cel i młody człowiek mógł w uroczystościach w Watykanie uczestniczyć. Po powrocie z Rzymu, w ramach podziękowania dostałem od Afro już zwykłą, a nie wirtualną pocztą, różaniec zakupiony tam w dniach beatyfikacji naszego papieża. Tę dziesiątkę zawiesiłem w moim samochodzie.

Różaniec to dla mnie taka modlitwa mobilna - w drodze (na spacerze czy w samochodzie). Różaniec to również modlitwa mobilna, przenosząca nasze prośby do Boga, ale również przenosząca nas samych w rzeczywistości wiary.

Pozdrawiam

P.S. Tekst opublikowany w gazetce parafialnej "Boże Narodzenie"

Etykiety

zdjęcia (937) wiara (542) podróże (403) polityka (311) rodzina (267) Pismo Św. (261) Śląsk (209) humor (200) po ślonsku (178) historia (166) Kościół (154) praca (138) człowiek (132) sprawy społeczne (118) Halemba (116) zabytki (113) muzyka (78) książka (74) gospodarka (71) ogród (68) Ruda Śląska (67) Grupa Poniedziałek (66) filozofia (63) Jan Paweł II (59) sport (55) dziennikarstwo (43) miłosierdzie (40) biurokracja (38) film (31) święci (29) muzeum (27) środowisko (26) varia (23) Papież Franciszek (21) Szafarz (18) teatr (15) św. Jacek (14)