wtorek, 31 stycznia 2012

Rocznica ślubu

Wczoraj trafiła się nam okrągła 19 rocznica ślubu. :)

Z tej okazji - a jakże - kupiłem żonie 19 czerwonych róż. (Znajomy, którego żona ma kwiaciarnię, przywiózł mi je do biura na koniec dniówki - ja to się mam dobrze).

Mieliśmy zamówioną w intencji naszej rodziny wieczorną Mszę Św. - za nas w rocznicę ślubu i za synów, bo obydwaj mają w tych dniach urodziny. Tak skromnie, w ciągu tygodnia.

W kościele, gdy przyszliśmy, było ciemnawo, chłodnawo i pustawo. Usiedliśmy wszyscy w ławce. Do 18.00 pozostało jeszcze kilka minut. Można było przypomnieć sobie, jak 19 lat temu w tym samym kościele przeżywaliśmy naszą uroczystość ślubną. Staliśmy wtedy na progu naszego wspólnego życia nie wiedząc, co nas czeka. Dziś już wiemy dobrze, że mamy za co Bogu dziękować.
I wiemy, że trzeba Go dalej prosić o błogosławieństwo na kolejne lata życia - oby dalej tak szczęśliwe (co nie znaczy, że zawsze miłe, łatwe i przyjemne).

No i tak sobie siedzę w kościelnej ławce, modlę się różaniec i rozmyślam, aż rozlega się dzwonek i do ołtarza wychodzą ministranci i ... aż pięciu księży w koncelebrze.

Ale zrobili nam wszystkim niespodziankę:
  • Piotruś (ciekawe czy jeszcze go gdzieś nazywają "Dzieciątko", jak my ponad 20 lat temu)
  • Boguś, który - pamiętam - służył przy ołtarzu na naszym ślubie, jako wtedy jeszcze kleryk. Dziś jest proboszczem w Czechach
  • Leszek, nasz od wielu lat (jeszcze z czasów, gdy był wikarym na Starej Halembie) ulubiony kaznodzieja
  • Kazik, mój brat (tu akurat się spodziewałem, że będzie na naszej Mszy)
  • Grzesiu, nasz przyjaciel, z którym ostatnimi laty widujemy się dość rzadko, bo jest ... misjonarzem w Zambii. Właśnie przyleciał na urlop. Na naszym ślubie dyrygował chórkiem.

Przeszła mi wczoraj przez głowę taka myśl, że tak uroczysta Msza Św., że tych pięciu księży przy ołtarzu, to taki symbol tego, jak bardzo Pan Bóg nam błogosławi, jak bardzo nas kocha i jak przewyższa w swojej dobroci nasze oczekiwania.

A potem wieczorem poświętowaliśmy sobie jeszcze z Elą we dwoje, w zaciszu naszego domu.

No i zaczął się dwudziesty rok naszego wspólnego życia.

Niech się dobrze dzieje !!!

Pozdrawiam

niedziela, 29 stycznia 2012

Posłuszeństwo

Dziś nasz wikary jako główną myśl homilii poddał pod rozważanie pojęcie posłuszeństwa.

Rozpoczął od popularnego "regulaminu pracy":
1. Szef ma zawsze rację.
2. Jeśli szef nie ma racji - patrz pkt 1.

W Ewangelii mamy dziś fragment o wyrzucaniu przez Chrystusa złego ducha z opętanego człowieka.

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.
Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży”.

Lecz Jezus rozkazał mu surowo: „Milcz i wyjdź z niego”. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.

Podobno słowa Pana Jezusa, gdy zwrócił się do demona, z oryginału, można tłumaczyć (według naszego wikarego) bardziej dobitnie: "Stul pysk i wynoś się !" I szatan posłusznie musiał człowieka opuścić.

Czy tym bardziej my ludzie nie powinniśmy poddać naszego życia pod posłuszeństwo Chrystusowi ?

Tak, w dzisiejszych czasach cnota posłuszeństwa nie jest zbyt popularna.

Myślę jednak, że posłuszeństwo jest przecież przejawem zaufania.

Dziecko jest posłuszne rodzicom nie tylko dlatego, że tak mu każą, ale dlatego, że rodzice, choćby z racji większego doświadczenia, wiedzą lepiej, co dla dziecka jest dobre.
I zdrugiej strony, dużo łatwiej było mi zawsze być posłusznym swoim przełożonym w pracy, gdy miałem do nich zaufanie, gdy wiedziałem, że podejmując swoje decyzje, mają na względzie dobro firmy, dobro pracowników i dobro moje.

Mając więc absolutne zaufanie do Jezusa, dobrze żebym zawsze pamiętał:
1. Jezus ma zawsze rację.
2. Nawet jak mi się zdarzy pomyśleć, że Jezus nie ma racji, niech wrócę jak najszybciej do pkt 1.

Pozdrawiam

sobota, 28 stycznia 2012

Pomiędzy

Jakoś tak często w życiu zdarzało mi się być pomiędzy.

Już w podstawówce chodziłem do klasy, gdzie część dzieci, jak ja, mieszkała w blokowisku, a druga część w domkach jednorodzinnych. Ja miałem kolegów i w jednym, i w drugim środowisku.

W liceum też można było zaobserwować grupę, nazwijmy ich imprezowiczów, gdzie spotykaliśmy się na urodzinach, sylwestrach i drugą grupę "oazowiczów". Wtedy też chodziłem i na imprezy do tych pierwszych, ale także spotykałem się i w kościele, i towarzysko z drugą grupą. A nawet z jedną dziewczyną z drugiej grupy 19 lat temu się ożeniłem. :)

Na studiach właściwie też kolegowałem się z wszystkimi.

W pracy na początku nasze biuro było dosyć małe i trzymaliśmy się wszyscy razem od prezesa do Halinki, która u nas sprzątała. Gdy firma zaczęła się rozrastać i nabierać struktur, a ja awansowałem na szefa działu, też czułem się zawsze osobą postawioną pomiędzy zarządem a moimi pracownikami. Z jednej strony razem z prezesami czułem się odpowiedzialny za firmę, za jej wyniki i profesjonalizm tego co robimy i strałem się tak zarządzać ludźmi, by efekt naszej pracy był jak najlepszy. Z drugiej strony byłem w jakimś stopniu rzecznikiem projektantów mojego działu i przedstawiałem nasze problemy, trudności i postulaty do zarządu.

Może to wynika z moich życiowych doświadczeń, ale ja generalnie lubię być pomiędzy.

Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy ciągle dążą do antagonizmów, którzy dzielą innych na lepszych i gorszych, na swoich i obcych, którzy czasem za główny cel swojego życia uznają pokazanie, że ten drugi nie jest prawdziwym ...  (tu można wstawić jakiekolwiek wartości, środowiska, grupy społeczne, itp.)

Nie oznacza to, że ja wszystkich wrzucam do jednego worka. Widzę różnice. Ale dla mnie różnice nie są po to, żeby ludzi dzielić.

Dla mnie różnice są po to, żeby się wzajemnie ubogacać.

Pozdrawiam

czwartek, 26 stycznia 2012

Abonament

Jak co roku zapłaciliśmy właśnie abonament RTV.
Strasznie mnie denerwuje ostatnia kampania reklamowa o tym, że my Polacy jesteśmy nr 1 na świecie. Czuję się jak frajer, gdy słyszę, że tylko jakiś tam niewielki procent ludzi płaci abonament.
W ogóle nie podoba mi się sposób finansowania radia i telewizji. Najpierw nam opowiadają, że misja publicznych mediów i wszystkie dyrdymały z tym związane. A za chwilę słyszymy, w jak minimalnym stopniu TV jest faktycznie finansowana z abonamentu. Wszystkie programy mają w środku jedną lub dwie półgodzinne przerwy na reklamy. Filmów jeszcze nie przerywają, jak w stacjach komercyjnych, ale już w każdym są lokowane produkty.
Więc czemu w ogóle ten abonament co roku płacimy ?
Pewnie z tego samego powodu dla którego oddałem ostatnio w piekarni 40 gr, które mi sprzedawczyni przez pomyłkę za dużo wydała.
Pozdrawiam

środa, 25 stycznia 2012

Aglomeracja Silesia

Dzisiej bydzie zaś trocha ło naszych ślonskich sprawach. Skuli tego byda sam łonaczoł po naszymu. Co niy znaczy wcale, że moja pisanina je yno do Ślonzokow. Inksze tyż mogom sie poczytać. Zapraszom !


Jak ftoś miyszko w Chorzowie, w Glyjwicach, na Świonach, w Katowicach, czy nawet w Altreichu abo w innym łokolicznym mieście, je to dlo niego łoczywiste. Jak ftoś przyjyżdżo skondiś to czasym sie dziwuje, że u nos niy idzie sie pomiarkować, kaj jedne miasto sie zaczyno, a kaj kończy. Bo my sam wszyscy miyszkomy do kupy pora milionow ludziskow.

Łod chyba ponad 10 lot trwo u nos dysusjo na tymat ślonskij aglomeracji. Roztomajte mondre gowy łosprawiajom, łosprawiajom i łosprawiajom. Tyla, że niy wiela z tyj godki je profitu. Kożde miasto je na prawach powiatu i w kożdym rzondzi Prezydynt - i dobrze.

Ale my miyszkańce skuli tego że żyjymy tak wszyjscy do kupy, momy czasym sroge problymy. Cum bajszpil chcesz jechać busym, musisz dować pozor jaki kasujesz bilet, bo niby momy KZK GOP, czyli taki zwionek coby aftobusy boły jednake, ale niy poradzom sie dogodać i niy wszyske miasta do tego noleżom. I tak samo je w innych dziedzinach. Wszyscy wiedzom, cuzamyn byłoby tonij i sprownij, a niystety nasze prezydynty kożdy ciongnie w swoja strona i tyla.
Pora lot tymu probowali tymu zaradzić i powołali taki twor GZM Silesia, ale zaś niy wszyjscy, ino 14 miast. No, ale dali niywiela z tego wyniko, bo porzond sie ino wadzom.
Terozki wymyślyli, że cza tak zrobić coby sejm uchwalił ustawa ło aglomeracji. No toż wczoraj jedyn poseł przywioz projekt ustawy do deliberowanio z naszymi prezydyntami. Ja, ale z tego coch sie dowiedzioł, chopa spieroniyli i pedzieli, że ta ustawa moge sie na hasiok wyciepać.
Toż jak tacy mondrzy, to czymu tego projektu sie sami niy wymyślyli i niy podciepli kerymuś z naszych posłow. Za to zaś majom na kogo zwalić, czymu nom ta Silesio niy funguje.
Po mojymu, jakby nasze prezydynty richtich chcieli, to i bez dodatkowyj ustawy mieliby my sam porzondne gospodarzynie na poziomie cołkij aglomeracje.
Jo tam niy wiym, czy ta nowo ustawa je dobro, czy niy, ale do pierona, cosik mi sie zdo, że poseł mioł recht, jak pedzioł, że ustawa pisali dla miyszkańcow, a niy dlo prezydyntow.

Łostońcie z Bogiym

wtorek, 24 stycznia 2012

W ciemnościach - film branżowy

Wracając dziś z pracy, usłyszałem w "Trójce", że film "W ciemnościach" uzyskał nominację do Oscarów.


Bardzo ciekawie opowiadała o swoim ostatnim dziele reżyserka - Agnieszka Holland.
Poza innymi ciekawostkami związanymi z promocją filmu, z jego scenariuszem napisanym przez ... Kanadyjczyka, współprodukcją realizowaną przez ... Niemcy, szczególnie zainteresowała mnie jej opowieść o kręceniu scen w kanałach. Pewnie dlatego, że sam jestem inżynierem sanitarnym i między innymi właśnie kanalizację projektuję, nadzoruję jej budowę i trochę się na tych zagadnieniach znam.
Pani Holland opowiadała, że część akcji była kręcona w studiu w Niemczech, część w kanałach w Lipsku i w Berlinie, a najwięcej w kanalizacji w Łodzi.
Kilka lat temu miałem okazję "zwiedzać" kanały pod Łodzią. W ramach przygotowań do złożenia oferty na modernizację tejże infrastruktury, można było wziąć udział w wizji lokalnej, by naocznie się przekonać jaki jest stan techniczny obiektów. Pamiętam, że było wtedy zimno. Na spotkanie z Zamawiającym zjechały się osoby z całej Polski i kto chciał, mógł "dać się wpuścić w rurę". Oczywiście zgłosiłem się jako jeden z pierwszych. Łódzkie wodociągi były dobrze przygotowane. Każdy z nas dostał specjalny uniform, kask i lampę. Buty, gumowe oczywiście, miałem swoje. Kanały przed zejściem zostały przewentylowane i sprawdzone, czy przypadkiem nie ma w nich za dużo metanu lub siarkowodoru. A potem wchodziliśmy do studzienki i na dół. Oczywiście zapachy nie były zbyt przyjemne, ale co zrobić - taka branża. W sumie przeszliśmy w różnych częściach sieci z kilka kilometrów, podziwiając konstrukcje kanałów, których część miała ponad 100 lat. Pamiętam też, że mimo mrozu na dworze, w kanałach było dość ciepło, szczególnie w nogi, gdy buty były zanurzone w ściekach. :)
Czyż ja nie mam ciekawej pracy ?
A Pani Agnieszce życzę, by usłyszała swoje nazwisko, gdy będą mówić:
"And the Oscar goes to ...".

Pozdrawiam

Andrzej

P.S. No i muszę się wybrać do kina, bo jeszcze nominowanego filmu nie widziałem.

niedziela, 22 stycznia 2012

Jazz

Niedzielne popołudnie.

Ela siedzi przed komputerem. Pewnie coś przygotowuje do szkoły - taki to los nauczycieli (przynajmniej tych, którym się jeszcze chce).

Łukasz właśnie wrócił z kościoła. Rano już z nami nie chodzi, bo to na niego za wcześnie :) Tym bardziej, że wczoraj wieczorem był na urodzinach u kuzyna i wrócił, gdy już spałem.

Jacek ogląda na DVD bajkę o jakimś ośle (nie Shrek tylko coś z Don Kichotem).

A ja siedzę przed kominkiem, słucham jazzu symfonicznego (o właśnie płyta się skończyła i muszę "wrzucić" drugą) i piszę bloga.

To może kilka słów o muzyce ? Tej która w tej chwili sączy mi się ze słuchawek prosto do uszu ?

Kilka lat temu, gdy wracaliśmy z Łukaszem z wycieczki do Krakowa, na której byliśmy we dwójkę, bo Ela zabrała Jacka nad morze na "zieloną szkołę", usłyszałem w "Trójce" w jakiejś audycji kilka nagrań z koncertu jazzowego, które na pierwszy rzut ucha (no bo przecież nie na pierwszy rzut oka) bardzo mi się spodobały. Nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem jazzu, a tym bardziej znawcą, ale zaprezentowane w radio utwory miały niesamowitą energię i bardzo zaskakujące przejścia z muzyki symfonicznej w jazz i na odwrót. Zapamiętałem kilka kluczowych haseł o tym koncercie i po powrocie do domu uruchomiłem internet i udało mi się znaleźć dwupłytowe wydanie albumu JazzSinfonica Live. W koncercie brały udział same sławy: Ewa Bem, Urszula Dudziak, Anna Maria Jopek (chyba Ptaszyn-Wróblewski nazywał ją Anomalią Jopek :) ), Dorota Miśkiewicz i inni. No to w końcu album kupiłem i teraz mogę sobie słuchać do woli. Lubię tę muzykę.





Inny epizod związany z jazzem w moim życiu to coroczne wyjazdy na targi wod-kan do Bydgoszczy. Kilka (a może już kilkanaście) lat temu nasza ówczesna sekretarka Asia zaproponowała, byśmy wieczorem, po dniu na wystawie, poszli do klubu Eljazz. Generalnie w innych okolicznościach nie lubię miejsc zatłoczonych, gdzie jest gęsto od papierosowego dymu i podają w zasadzie tylko piwo (choć piwo jako takie lubię). W klubie tym raz w tygodniu grał bigband  jazzowy z właścicielem (chyba) klubu i kierownikiem zespołu za perkusją na czele. Gdy byłem tam pierwszy raz, zachwyciłem się tym, co wyczyniali na swoich instrumentach. Poza grą, była tam zawsze też niesamowita atmosfera, żywy kontakt pomiędzy publicznością a muzykami (o co nie trudno w niewielkim pomieszczeniu, gdzie właściwie nie ma sceny i muzycy są na wyciągnięcie ręki). Takiej solówki na perkusji jak w Eljazz nie słyszałem nigdy więcej (jeśliby nie liczyć Phila Collinsa, gdy był z Genesis na Stadionie Śląskim), aż ciarki po plecach przechodziły. Później odwiedziłem to miejsce jeszcze kilka razy. Niestety ostatnie lata, gdy byłem w Bydgoszczy nie udało mi się tam na koncert trafić. Ciągle liczę, że jednak jeszcze kiedyś będę miał taką okazję.

Ale co tam będę gadał (pisał). Proponuję próbkę muzyki z wyżej wspomnianej płyty:






Pozdrawiam

sobota, 21 stycznia 2012

TV Trwam

Osobiście Radia Maryja i TV Trwam nie słucham i nie oglądam. Jakoś nie odpowiada mi ten rodzaj przekazu medialnego.
Jeśli chodzi o radio, to preferuję "Trójkę" i Radio eM.

Uważam jednak, że i Radio Maryja i TV Trwam powinny funkcjonować, działać i pełnić swoją misję.
Inna rzecz, że gdyby to ode mnie zależało, pewne treści bym zdecydowanie w nich zmienił. Może mam pecha, ale kilka razy usłyszane w radiu redemptorystów stwierdzenia, nieco mnie zgorszyły.

Nie miałbym, mimo wszystko, nic przeciwko temu, by TV Trwam otrzymała koncesję na nadawanie cyfrowe.

Nie chcę się tu wdawać w medialną dyskusję na ten temat, tym bardziej, że nie znam w szczegółach ani prawa, ani procedury, ani dokumentów z tego postępowania administracyjnego.
Mam jednak nieodparte wrażenie, że większość osób, które się na ten temat wypowiadają, również nie ma większego pojęcia o tej kwestii i to niezależnie od tego, czy jest to ktoś z Radia Maryja z o. Rydzykiem na czele, czy politycy i to z obu stron barykady, a kończąc na dziennikarzach. Niestety nikomu nie przeszkadza jego własna ignorancja w szafowaniu jedynie słusznych tez na ten temat i to najczęściej bardzo emocjonalnych, a mało merytorycznych

Przed chwilą wyczytałem natomiast w internetowym wydaniu Gościa Niedzielnego klik wypowiedź fachowca na ten temat. Bo mam nadzieję, że doktor prawa administracyjnego i koncesyjnego i wykładowca uniwersytecki jest profesjonalistą.

Mam natomiast pytanie dlaczego pan mecenas, jeśli jest pewny swojego stanowiska, nie zaangażował się (lub nie został zaangażowany przez redemptorystów) wcześniej, gdy wniosek koncesyjny był przygotowywany, gdy trwało postępowanie administracyjne i decyzje były podejmowane.

Nie wiem czy faktycznie TV Trwam została skrzywdzona, a może odwrotnie przygotowała słabe papiery i myślała, że "wymusi" swoją postawą, decyzję dla siebie pozytywną.

Dużo łatwiej wypowiadać się publicznie, że jest się "dyskryminowanym i wykluczanym", niż przygotować dobry wniosek koncesyjny.
Prościej obrażać się na otaczający świat, niż stworzyć takie ramy działalności firmy, by spełniać kryteria kwalifikacyjne.
No i łatwiej narzekać również ustami prawników post factum, niż ex ante zadbać o swoje interesy.

Pozdrawiam

czwartek, 19 stycznia 2012

Sweet sixteen :)

Tak wspominałem 2 lata temu: klik

Dziś mój pierworodny syn kończy 16 lat !

Już nie ma 3250 g, a kilkadziesiąt kg.
Do 54 cm trzeba dodać jeszcze metr i kilkadziesiąt kolejnych centymetrów - właśnie syn mnie przerasta.

Gdyby był dziewczyną, można by o nim powiedzieć "sweet sixteen". :)

Ja się jednak cieszę, że mamy chłopaków.
Choć właśnie coraz bardziej muszę się przyzwyczajać do myśli, że ten starszy to już powoli młody mężczyzna.

Życzyłem Łukaszowi dzisiaj Bożego błogosławieństwa i darów Ducha Św. potrzebnych w czekających go życiowych wyborach. I jeszcze winszowałem, by miał dobrych przyjaciół.

A po cichu życzyłem sobie, bym jako ojciec, też mógł być zawsze jego przyjacielem.

Sto lat Łukaszu !!!

Pozdrawiam

środa, 18 stycznia 2012

Sukces

Usłyszałem wczoraj w "Trójce" i zwróciłem uwagę na tekst Czesława Niemena.


Dedykuję mojej żonie, choć do rocznicy ślubu pozostało jeszcze kilkanaście dni.

Poniżej słowa piosenki dla tych, którzy nie lubią słuchać tego rodzaju muzyki. :)

Jesteś jak cudowny kwiat
wśród pachnących łąk.
Jesteś prawdziwym, najwierniejszym stróżem,
aniołem, szaleństwem i natchnieniem duszy,
moim pięknym i jedynym sukcesem.
Sukces - dla mnie słowo to
ma tylko jeden sens.
Sukces to znaczy zamknąć Ciebie w swych ramionach..
zapomnieć o istnieniu świata
i usłyszeć jak szalone serce drży.
Sukces - dla wielu ludzi miarą jest fortuna,
a dla mnie, dla mnie ponad wszystko,
moja miłość, mój sukces, to ty.. 

Pozdrawiam

wtorek, 17 stycznia 2012

Spowiedź

Wczoraj wieczorem poszedłem na adorację. Nie bardzo mi się chciało, bo ciągle moje zdrówko nie za bardzo się kręci. Ale zadzwoniła Kasia, którą zwykle podwożę i zdecydowałem się, mimo wszystko pójść.

Pośpiewać, nie pośpiewałem (gardło nie pozwalało).
Za to zdecydowałem się na spowiedź.

Przez ostatnie lata zwykle była wersja "supermarket": kolejka, dużo ludzi, raz-dwa, puk-puk, następny proszę.
Jasne, mam pełną świadomość, że wtedy sakrament jest tak samo ważny.

Jednak myślę, że właśnie wczoraj był mi potrzebny porządniejszy remanent sumienia. Na naszych adoracjach jest taka możliwość. Jest ksiądz i to taki, który ma i olej w głowie i żyje tym, o czym gada. Jest cisza, spokój i czasu tyle ile potrzeba.

W ogóle tak mi ostatnio chodzi od jakiegoś czasu po głowie, że dobrze byłoby mieć stałego spowiednika.

Zobaczymy co z tego wyniknie.

Pozdrawiam

niedziela, 15 stycznia 2012

Niedziela

Dla mnie niedziela musi różnić się od reszty tygodnia. To ważne.

Cały tydzień mogę jeść obiad ok. 17.00, czyli po pracy i może mieć tylko jedno danie, nawet takie gotowe do odgrzania np. jakaś pizza.
W niedzielę obiad jemy w południe i zawsze jest zupa, zwykle rosół, drugie danie z mięsem, kluskami (lub kartoflami) i surówką. W tym dniu obiad spożywamy w salonie (w tygodniu zwykle w kuchni) i zawsze wszyscy razem. Zaczynamy wspólną modlitwą: "Boże dzięki Ci składamy, za to co spożywać mamy ..." i kończymy też wspólną modlitwą, choć ostatnimi czasy w wersji ekumenicznej - protestanckiej, czyli na siedząco (bo po dobrym obiedzie nikomu nie chce się wstać). :)
Po południu siadamy jeszcze do kawy i ciasta. Ela zawsze coś tam słodkiego na niedzielę zorganizuje: albo sama upiecze, albo kupi. Jacek jeszcze za mały, ale ostatnimi miesiącami, kawy parzymy nieco więcej, bo dołączył do nas Łukasz. Ja właściwie mogę kawy np. w pracy cały tydzień nie pić, ale w niedzielę musi być.

W ciągu tygodnia zwykle po domu chodzę w T-shircie lub w jakiejś bluzie i w spodniach z dresu.
W niedzielę ubieram koszulę i spodnie. Często nawet obiad jem w krawacie, który zdejmuję dopiero po posiłku.

W niedzielę nie wykonujemy też wielu czynności, które przynależą, jak się to u nas na Śląsku mówi, "na beztydziyń". Poza sytuacjami losowymi nic się nie naprawia, nie remontuje, nie rąbie drzewa do kominka, a latem nie kopie się w ogródku. Mam też zasadę, że w niedzielę nie wykonuję żadnych prac zarobkowych.
W tym dniu nie robimy też nigdy zakupów.

W niedzielę się odpoczywa. Można popatrzeć na telewizor, poczytać gazetę, czy jakąś książkę. Czasem gramy z chłopakami w karty, kości lub inne gry. Jest to też dobry dzień na odwiedzanie krewnych lub przyjaciół.

Jednak najważniejszą częścią niedzieli jest uczestniczenie we Mszy Świętej. Jak kiedyś dawno, jeszcze w czasach słusznie minionych, apelował w Piekarach śp. biskup Bednorz, "by niedziela była Boża i nasza".

Tak właśnie teraz pisząc, uświadamiam sobie, że w moim życiu, w mojej rodzinie udało mi się ten postulat zrealizować.

Myślę, że dobre przeżywanie niedzieli dobrze robi nam wszystkim w naszym domu, w naszej rodzinie i mnie samemu też. :)

A Wy jak przeżywacie swoją niedzielę ?

Pozdrawiam

sobota, 14 stycznia 2012

Zaufanie

Kilkanaście lat temu, gdy zaczynałem pracę zawodową, jeśli umawiałem się z jakimś klientem lub podwykonawcą, najważniejszą sprawą było wzajemne zaufanie. Dogadywaliśmy zakres usługi, termin, cenę i można było robotę zaczynać. Umowę oczywiście też się podpisywało, ale była ona trochę wtórna w stosunku do tego co już było ustnie uzgodnione i często formalnie była podpisana nawet wiele tygodni po rozpoczęciu prac. W tamtych czasach zatrudnianie prawnika do analizy bieżących umów nawet nie przyszło nam do głowy. Zresztą wszystkie zapisy umowy mieściły się na jednej lub dwóch stronach maszynopisu.

Dziś często nawet niewielkie zlecenia otrzymujemy lub przekazujemy po wielotygodniowych lub kilkumiesięcznych negocjacjach z zatrudnianiem po obu stronach kancelarii prawniczych. Standardowa umowa ma dziś z 15 stron i trzeba bardzo uważać na zapisy każdego paragrafu. Czasem praca polega właściwie na tym, by być czujnym i uważnym i nie dać się wciągnąć w jakąś pułapkę przez kontrahenta.

Inny przykład: Dawniej, gdy do urzędu oddawało się projekt budowlany w 4 egz. nikomu nie przychodziło do głowy, by w kopiach potwierdzać "za zgodność z oryginałem" jakiekolwiek dokumenty. Dziś coraz częściej wchodząc do jakiegokolwiek urzędu, czuję się jak złodziej, oszust i malwersant. Na wszystko musi być papier, nawet wtedy, gdy jest on wydawany w tym samym urzędzie. Moje oświadczenie, moje nazwisko, uprawnienia budowlane, zawód zaufania publicznego (czy ktoś jeszcze wie co to sformułowanie oznacza) już nic nie znaczą.

Jeszcze z innej beczki z ostatnich tygodni: Zamieszanie z receptami. Politycy, lekarze, aptekarze wszyscy deklarują, że zależy im tylko i wyłącznie na dobru pacjenta. A pacjent tylko się modli, by nie musiał w tym czasie chorować. Lekarze nie wierzą ministrowi i później sejmowi. Zakończą protest pieczątkowy dopiero, gdy prawo zostanie zmienione po ich myśli. Politycy ulegając lekarzom, znowu coś przekombinowali w stosunku do aptekarzy. Aptekarze z kolei chcą ... Kto w ogóle jest w stanie się w tym wszystkim połapać.

Generalnie rzec biorąc coraz bardziej obserwujemy brak zaufania ludzi do siebie: poszczególnych osób, ale też całych grup społecznych. A jestem pewien, że bez tego nie będziemy w stanie dalej się rozwijać. Taki stan rzeczy niestety zmierza do katastrofy. Niektórzy twierdzą, że światowy kryzys finansowy jest przede wszystkim właśnie kryzysem zaufania. Myślę, że to słuszna diagnoza.

Jak z tego wybrnąć ? 

Trzeba mieć odwagę. Trzeba umieć zaryzykować. Bo zaufanie zawsze wiąże się z odwagą i z ryzykiem, że ktoś cię wykorzysta, oszuka.

Jak mówił mi znajomy prawnik:

- Panie Andrzeju, jak ma pan miękkie serce to musi pan mieć twardy tyłek.

I miał rację, bo często w ten tyłek oberwałem.

Ale jak się zastanowić, to teraz z perspektywy czasu się okazuje, że dawniej z odrobiną serca można było więcej zdziałać, niż dziś, gdy większość elit o sercu chyba zapomniała, za to mają miękkie tyłki, którymi trzęsą, by nie stracić swoich społecznych pozycji.

Mimo, że tyłek czasem boli, ja jednak opowiadam się za okazywaniem innym serca, za zaufaniem i nie tylko z jakiś abstrakcyjnych powodów altruistycznych, ale również z tego powodu, że jest to jedyny kierunek rozwojowy. Egoizm, biurokracja i strach przed otwarciem na innych nie prowadzi do tego, że będzie mi czy nam coraz lepiej. 

To miłość, zaufanie i wiara w innych daje energię do wyjścia z kryzysowych sytuacji i do dalszego rozwoju w naszym życiu, w biznesie, w polityce, w poszczególnych grupach społecznych i całych narodach.

Czy to idealizm ? Nie, pragmatyzm tyle, że pojmowany w dłuższej perspektywie czasowej.



Pozdrawiam



czwartek, 12 stycznia 2012

Bóg, kasa i rock'n'roll

Właśnie skończyłem czytać książkę pod powyższym tytułem, którą dostałem od Dzieciątka pod choinkę. :-)



Dwóch facetów, którzy "na codzień" prowadzą program "Mam talent", dyskutują w niej kwestie dość fundamentalne.

Z jednej strony Marcin Prokop daje popis swojego intelektu, szerokiej znajomości współczesnej pop-kultury, ale także oczytania i wiedzy filozoficznej - na prawdę jestem pełen szacunku.
Z drugiej strony Szymon Hołownia wskazujący na sprawy wiary, przedstawiający Boga oraz opisujący Jego obecność w Kościele.

Po przeczytaniu pierwszego rozdziału, nabrałem respektu dla p. Prokopa. Jednocześnie trochę się wystraszyłem, że Szymonowi nie daje za bardzo dojść do głosu. Okazało się, że po prostu przyjęli taką konwencję. W jednym rozdziale pierwszy więcej mówi, a drugi dopytuje i raczej słucha, a w następnym - zamiana.

Mnie może aż tak zagadnienia pop-kultury może nie interesują, ale z przyjemnością usłyszałem z ust Marcina o mechanizmach, które rządzą dzisiejszym show-businessem oraz o jego podejściu do pieniądza i o jego ulubionych piosenkach, piosenkarzach i tytułowym rock and rollu.

Natomiast części z wypowiedziami Hołowni to niesamowita i dość rzadka w dzisiejszym świecie próba świadectwa wiary, człowieka, który nie tylko wie o co w tym chodzi, ale jednocześnie człowieka, który swoją wiarę z dnia na dzień przeżywa. Zachwyciła mnie szczególnie wielka miłość Szymona do Kościoła. Pięknie i - moim zdaniem - bardzo autentycznie to brzmi, szczególnie dziś, gdy tak popularne jest krytykowanie.

Ciekawa jest dyskusja dwóch ludzi: wierzącego i niewierzącego, ale świadomie zadającego ważne pytania, człowieka religijnego i kierującego się w życiu innymi wartościami, chrześcijanina żyjącego Kościołem i w Kościele z osobą, która nie podziela tej fascynacji, choć próbuje ją zrozumieć.

Piękne jest to, że tę książkę napisali. Wierzę, że jest ona świadectwem ich autentycznych dyskusji. Obyśmy potrafili w naszym życiu o tak ważnych sprawach rozmawiać i to na takim poziomie, jak w niniejszej lekturze.

Polecam książkę ! Myślę, że jest warta przeczytania.

Pozdrawiam

Andrzej

wtorek, 10 stycznia 2012

Po ślonsku

Jak łostatnio byli u nos pszociele z Poznanio, to mie sprzezywali czymu tak rzadko pisza po ślonsku. Łoczywiście wszystko zwaloł żech na Afro, bo łona zaś godo, że jak pisza po ślonsku, to ij sie wolnij czyto, a łona je szybko dziołcha i niy mo tyla cajtu. :-)

Tak mi sie tyż spomniało, że jak pora lot tymu boł żech u nich w Poznaniu i jeszcze przyszli do nich jejich znajomi - rodowite Pyroki, to porząd mi znokwiali cobych godoł po naszymu.

Je coś takigo, że ludzie kerzy som zakotwiyni w swoich małych łojczyznach, majom sporo życzliwości do inkszych w podobnyj sytuacji.

Pamiyntom jak tyż pora lot tymu nazod jeździyli my na wczasy na Kaszuby, to na tyn przykład w Kartuzach, jak we sklepie godali po kaszepsku, to jo nic niy mog spokopić. Ale tyż jak żech sie przyznoł, że jo je Ślonzok i tyż poradza godać swoim jynzykiym, to zawsze mie poważoli i byli życzliwi.

Jo tyż fest inkszym pszaja. Jak miołech projekt na Podhalu, to niy umiołch sie nasuchać góroli (i jeszcze jak mi górole dach robiyli to tyż, hej).

Trza nom te nasze regionalizmy pielyngnować i niy dać sie tak do końca spolonizować. :-)

Łostońcie z Bogiym

Andrzej

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Za błędy trzeba płacić

Kilka miesięcy temu, gdy jechałem na budowę, zadzwoniła do mnie miła pani z informacją, że jest przedstawicielką  profesjonalnego serwisu internetowego i ma prośbę o jego przetestowanie. Pamiętam, że zadałem pytanie, czy to przypadkiem nie jest płatna usługa, ale pani mnie zapewniła, że w terminie promocyjnym jest to darmowe. Zwykle zbywam takie akcje. Tym razem pewnie coś mnie zaciekawiło i zgodziłem się. Podałem pani mój e-mail, a ona obiecała, że prześle link aktywacyjny.
Faktycznie, gdy wróciłem do biura odebrałem e-mail i zalogowałem się na stronie serwisu. Jednak okazało się, że są to sprawy prawniczo-księgowe, więc nie byłem nimi zainteresowany i więcej tam nie wchodziłem, a o sprawie zapomniałem. 
I to był mój błąd, bo sprawa nie pozwoliła zapomnieć o sobie. 
Po ponad miesiącu zadzwoniła do mnie księgowa, że przyszła faktura na kilka złotych za pierwszy miesiąc usługi. Trudno, zapłaciliśmy tych kilka złotych, wysłaliśmy oficjalne pismo z rezygnacją z usługi i ponownie chciałem o sprawie zapomnieć.
Ale nie jest tak łatwo. 
Po jakimś czasie dostaliśmy drugą fakturę na ... ok. 600 zł za roczny abonament serwisu. Na tłumaczenia, że z serwisu zrezygnowaliśmy firma przysłała swój regulamin, który ja logując się zaakceptowałem, a który był tak skonstruowany, że zrezygnować z serwisu dało się tylko w jakimś określonym czasie, a my spóźniliśmy się dwa dni i to oznacza, że możemy owszem zrezygnować, ale w kolejnym okresie abonamentowym, czyli po roku.
Koniec końców muszę oddać firmie (i słusznie) tę kwotę, bo zaciągnąłem zobowiązanie do którego nie byłem uprawniony. 

Nie pisze tego po to, by pokazać jaka ze mnie d... 

Piszę po to, by przestrzec innych przed oszustami, którzy wyłudzają usługi, którzy manipulują i oszukują innych. Uczmy się wzajemnie na błędach. Tym razem na moim błędzie.

Pozdrawiam

Andrzej

P.S. Z premedytacją nie piszę nazwy firmy, która mnie oszukała. Nie chcę być jeszcze na dodatek ciągany za szkalowanie "dobrego" imienia serwisu internetowego mimo, iż dobre ono na pewno nie jest. Jest za to ten serwis bardzo profesjonalny w kruczkach prawnych i w ściąganiu należności - niestety.

niedziela, 8 stycznia 2012

Chrzest

Zaprzyjaźniona rodzinka chrzciła dzisiaj swoją córeczkę. Znam ich. Dla nich to nie jest tylko zwyczaj, niezrozumiały rytuał czy rodzinna tradycja. Oni z pełną świadomością przekazali swojej córce największy skarb, jaki sami posiadają. Myślę też, że nie przez przypadek wybrali dzisiejszą niedzielę - niedzielę Chrztu Pańskiego.

Czasem słyszy się głosy, że dlaczego chrzcimy niemowlęta, które jeszcze nie są świadome wyboru wiary, którą, niejako w ich imieniu, dokonują rodzice. Może trzeba poczekać, aż dziecko dorośnie i będzie mogło samodzielnie zdecydować ?

Ale czy rodzice mogą nie karmić swojego dziecka, bo nie wiedzą teraz, czy kiedyś nie będzie przypadkiem zwolennikiem takiej czy innej diety ?
Albo czy bogata rodzina może nie kupować maleństwu ładnych ubranek, ślicznego wózka i zabawek z tego powodu, że nie jest się pewnym, czy w dorosłym życiu ten człowiek nie wybierze skromnego życia bez zbytków ?
Czy rodzice ceniący swoje wykształcenie, mogą nie posyłać syna lub córki do szkół, bo przecież to też nie jest świadomy wybór młodych uczniów ?

Zawsze rodzice chcą dla swojego dziecka wszystkiego co dobre. Dzielą się z nim swoimi doświadczeniami, swoim życiem i obdarzają najcenniejszymi wartościami, które sami posiadają. Nie można więc nie ochrzcić swojego niemowlaka. Trzeba od najwcześniejszych lat włączać dzieci w życie w Chrystusie, w życie wiary i w życie w Kościele.

I nie łamie to nikomu sumienia. Nie bójmy się. I tak dopiero za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, już świadomy człowiek, będzie musiał dokonać wyboru wiary, już we własnym imieniu.

Życzę małej Agatce, by był to ten sam wybór, którego dziś dokonali jej rodzice.

Chrzcielnica z Bazyliki św. Piotra w Rzymie


A swoją drogą trzeba dziś też podziękować własnym rodzicom, że kiedyś ponieśli nas do chrztu i obdarzyli nas przez to największym darem, jaki można sobie wymarzyć.


Pozdrawiam

sobota, 7 stycznia 2012

Nieść ludziom Boga

Są takie tematy, o których pisze się bardzo trudno. Nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale ja czasem nie umiem znaleźć potrzebnych słów.

Jednak nieporadnie spróbuję.

Jak wiedzą czytelnicy mojego bloga, jestem nadzwyczajnym szafarzem komunii św. Dlatego też i wczoraj, i znów jutro pójdę z Eucharystią do chorych.

Jest świąteczny lub niedzielny poranek. Podjeżdżam na nasze osiedle. Na szyi mam zawieszoną bursę, w której zamknięty jest Bóg w kawałku chleba. Niesamowite !

O tej porze nasze blokowisko jest właściwie puste. Ludzie, którzy poszli na mszę na 8.00 są już w kościele.Od czasu do czasu można ewentualnie spotkać kogoś na spacerze z pieskiem. Jest cicho, spokojnie, jakby wszyscy jeszcze spali. Idę więc od bloku do bloku, gdzie mam umówione spotkania z osobami starszymi lub chorymi, które same do kościoła pójść nie mogą, a chcą przyjąć Chrystusa w Eucharystii.

I mam takie głębokie przeświadczenie, że faktycznie idziemy we dwójkę: Pan Jezus i ja. Staram się być skupiony. Staram się modlić. Ale to nie jest modlitwa ustna, to jest jakaś szczególna modlitwa obecności.

Dobrze jest nieść ludziom Boga.

Pozdrawiam

My Poganie

Tak się zastanawiam.

Stary Testament był w zasadzie (z drobnymi wyjątkami) religią narodową. Bóg Jahwe był Bogiem Żydów.

W Nowym Testamencie Bóg Jahwe w Osobie Jezusa Chrystusa objawił się całej ludzkości - również nam poganom (patrząc z punktu widzenia Narodu Wybranego).

Pierwszą zapowiedzią rozszerzenia Dobrej Nowiny na cały świat, było spotkanie Boga - Człowieka z pogańskimi Mędrcami ze Wschodu. Dobrze, że dziś obchodzimy święto dla uczczenia tego wydarzenia.

Podkreśla tę prawdę św. Paweł w dzisiejszym czytaniu, gdy mówi:

"Poganie już są współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współuczestnikami obietnicy w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię".

Dzięki Mędrcom ze Wschodu, a także dzięki św. Pawłowi - Apostołowi Narodów, również my dzisiaj w Polsce, jako poganie możemy wierzyć w prawdziwego Boga.

 zdjęcie ze ściany naszego kościoła

Pozdrawiam

Etykiety

zdjęcia (982) wiara (550) podróże (411) polityka (325) Pismo Św. (269) rodzina (269) Śląsk (214) humor (206) po ślonsku (187) historia (175) Kościół (157) praca (139) człowiek (135) sprawy społeczne (125) Halemba (122) zabytki (114) muzyka (84) gospodarka (77) książka (75) Ruda Śląska (71) Jan Paweł II (69) ogród (68) filozofia (67) Grupa Poniedziałek (66) sport (57) dziennikarstwo (44) miłosierdzie (40) biurokracja (39) film (33) święci (30) muzeum (27) środowisko (26) varia (24) Papież Franciszek (21) Szafarz (18) teatr (16) św. Jacek (15)