Dziś św. Krzysztofa, więc tak sobie myślę o moich autach.
Prawo jazdy zrobiłem później niż koledzy z klasy, dopiero w roku 1992, bo w domu rodzinnym nie mieliśmy ani auta, ani pieniędzy, by mieć na nie jakieś widoki.
Gdy sam zacząłem pracować, w roku 1995, kupiłem pierwszego używanego Malucha.
Niezmiennie twierdzę, że to był moment przełomowy. Nawet jeśli dziś jeżdżę dość luksusowym SUV-em, nigdy nie doświadczyłem aż takiej różnicy cywilizacyjnej, przesiadając się z autobusu komunikacji miejskiej do własnego FIAT-a 126p.
Już rok później skorzystałem z okazji i na dogodnych warunkach kupiłem ledwie dwuletnie Cinquecento. To, to już było nowoczesne auto.
W roku 1999 poszedłem na całość. Kupiłem (oczywiście na kredyt, jak wszystkie potem auta) nowiutkie, prosto z salonu Daewoo Matiz.
![]() |
| Daewoo Matiz |
Gdy okazało się, że młodszy z naszych synów już na tyle podrósł, że pod jego nogami nie mieściła się torba, trzeba było rozejrzeć się za czymś większym. I tak w roku 2006 kupiłem używany Renault Megane Combi. Teraz nasza rodzinka mieściła się już wraz z bagażami bez kłopotu i zawsze zostawało jeszcze miejsce.
Dobrze jeździło mi się Renault. Dlatego w roku 2010 kupiłem nowy Renault Megane Grandtour. Na drugi dzień po odebraniu go z salonu pojechaliśmy na wczasy do Chorwacji.
| Renault Megan Grandtour - w drodze na Chorwację w 2010 |
I ostatnie auto, które kupiłem, to Nissan Qashqai, którym wyjechałem z salonu w roku 2019.
![]() |
| Nissan Qashqai |
Nie wiem ile w tym czasie zrobiłem w sumie kilometrów. Ale nie jeżdżę mało, choć nie jestem zawodowym kierowcą. W ostanim roku licznik przeskoczył o ok. 25 tys. km. Szacuję, że od czasu Malucha przejechałem ok. 0,75 mln km.
Święty Krzysztofie - prowadź


