Już kiedyś o tym wspominałem, ale warto powtórzyć.
Byłem wczoraj na Mszy Świętej w mojej parafii i miała tu miejsce dość specyficzna sytuacja.
Eucharystia zgodnie z przepisami i księgami liturgicznymi kończy się błogosławieństwem i procesją do zakrystii z pieśnią na wyjście.
Tak też miało być wczoraj. Choć organistka zaintonowała pieśń... ludzie zaczęli recytować modlitwę do św. Michała Archanioła. Księża z asystą wyszli, a wierni swoje.
Miałem wrażenie, że dla ludzi była to w tym momencie najważniejsza sprawa, by przypomnieć Archaniołowi Michałowi, by ich z piekła ratował.
![]() |
| Zamek Anioła w Rzymie |
Czy to, co działo się przed chwilą na ołtarzu, nie miało znaczenia?
A przecież, gdyby się dobrze zastanowić, to sprawa wygląda tak: Eucharystia jest oceanem łaski, w którym cali przed chwilą byliśmy zanurzeni. Wychodząc z oceanu, skoro ktoś zauważył na plaży kałużę z wodą, może jeszcze się w tej kałuży chlapnąć - to ta modlitwa do Archanioła. Może, ale po co? Ocean w porównaniu z kałużą zostaje oceanem.
Zostawiam pod rozwagę
