środa, 25 lutego 2026

Ołowiane dzieci - moja historia

Dopiero teraz zacząłem oglądać.


Historia jest mi znana od lat. Bo to kawałek też mojego życia.

Wychowałem się 20 km od Huty Szopienice. W roku 1974 miałem 5 lat. Jestem równieśnikiem pacjentów Dochtōrki Pani Jolanty Wadowskiej-Król.

Nie, nie chorowałem na ołowicę. Ale huta ołowiu to nie był jedyny zakład w naszej okolicy. U nas na Halembie były i kopalnia, i elektrownia. Wokół pracowały: huta,  koksownia i wiele innych zakładów przemysłu ciężkiego. W latach 70 nikt się żadnymi normami środowiska nie przejmował. Ekologia to w PRL-u był temat zakazany. Wtedy liczyło się wykonanie planu (to był taki sposób zarządzania w socjalizmie), a właściwie jego przekroczenie o ileś tam procent. 

Ani my dzieci (co oczywiste), ani nasi rodzice i dziadkowie nie zdawaliśmy sobie sprawy z zagrożeń środowiskowych. Bawiliśmy na dworze w piskownicy w czarnym piasku. Jeśli do naszej piskownicy pod blokiem raz na kilka lat dowieziono nowy piasek, był on żółty tylko przez krótki czas. Graliśmy w piłkę pomiędzy piaskownicą a hasiokym (śmietnikiem) w tumanach kurzu. Mieszkałem bezpośrednio nad rzeką Kłodnicą, która była jednym wielkim śmierdzącym ściekiem, w której płynęła gęsta, czarna, smołowata ciecz. Nigdy - do dzisiaj (!) nie dało się w niej zamoczyć nóg.

Ja dopiero w latach 90 odkryłem, że wróble są kolorowe. Zawsze były po prostu czarne - jak się potem okazało, na skutek środowiska w jakim żyły. 

Mimo wszystko dzieciństwo miałem szczęśliwe. Choć byłem dość wątłym i chorowitym chłopcem, nikt tego nie wiązał z fatalnym stanem środowiska naturalnego.


Poprawiło się u nas dopiero w latach 90 z dwóch powodów: Po pierwsze, znaczna część przemysłu ciężkiego upadła wraz z upadkiem socjalizmu. Po drugie, pojwiła się kwestia ekologii i normy emisji szkodliwych czynników.

Zresztą sam znaczną część swojego zaangażowania zawodowego, gdy po studiach zacząłem pracę w roku 1994, poświeciłem ochronie środowiska.

Dużo się w tej materii udało. Jednak nie wszystko. Za swoją osobistą porażkę uznaję fakt, że rzeka Kłodnica do dziś nie prowadzi czystych wód. Co prawda pluskają się w niej już od wielu lat dzikie kaczki, ale jej wody w dalszym ciągu są silnie zanieczyszczone. 

Niestety do dziś żadne jednostki państwowe za to odpowiedzialne zupełnie się tym nie przejmują. Nie ma kontroli, nie ma badań, nie ma reakcji. Coś o tym wiem, bo wielokrotnie próbowałem interweniować i zawsze odbijałem się od betonowego muru nieruchawej biurokracji. 

A może ten mur jest wyłożony ołowiem?





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Etykiety

zdjęcia (3001) wiara (1250) podróże (1072) Pismo Św. (759) polityka (750) po ślonsku (455) rodzina (448) Kościół (435) Śląsk (434) historia (432) zabytki (417) humor (315) Halemba (312) człowiek (288) święci (251) muzyka (242) książka (236) praca (218) gospodarka (182) sprawy społeczne (181) Ruda Śląska (158) muzeum (144) Jan Paweł II (114) ogród (114) Grupa Poniedziałek (111) miłosierdzie (108) filozofia (106) środowisko (93) Covid19 (89) sport (88) wojna (82) dziennikarstwo (80) Papież Franciszek (73) film (73) biurokracja (58) dom (48) Szafarz (47) varia (39) teatr (37) św. Jacek (35) makro (7) Papież Leon (2)