Mniej więcej rok temu spędziłem tydzień w szpitalu.
Ja akurat jakoś specjalnie chory nie byłem. Po wielu miesiącach oczekiwania, dostałem się na obserwację i badania po wcześniejszych dość ostrych incydentach.
Dziś w Dniu Chorego przypominam sobie moich, faktycznie wtedy chorych, współpacjentów z pokoju.
Młodszy, momentami bardzo cierpiący na okrutny ból w kręgosłupie, gdy trochę mu odpuściło, okazał się cudownym człowiekiem. Dawniej był narkomanem, ale wygrzebał się z tego świństwa. Ożenił się, pracował. Wraz z żoną, która poczęstowała nas pysznymi pączkami w Tłusty Czwartek, oczekiwali narodzin syna.
Starszy Pan, do niedawna wykładowca na Uniwerytecie, borykał się z dolegliwością, która dosłownie przypierała go do ziemi. Jeszcze kilka miesięcy temu był eleganckim wyprostowanym, wysokim dżentelmenem. Na moich oczach stawał się coraz bardziej niedołężnym starcem. Trudno było i jemu i jego wspaniałej, opiekuńczej żonie oswoić się z nową, coraz bardziej niepokojącą sytuacją.
Myślę dziś o nich i proszę Boga o zdrowie dla nich i dla wszystkich chorych. Wiem też, że powrót do zdrowia nie zawsze jest możliwy. Wtedy, dobry Boże daj cierpliwość w znoszeniu choroby i dobrych ludzi wokół.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz